Rozmowy przy stole: Agnieszka z bloga Mrs. Polka Dot

Lubi piękne wnętrza, które żyją rytmem życia domowników. W zwykłym mieszkaniu w bloku stworzyła zachwycające skandynawskie królestwo, w którym ciągle przybywa eklektycznych nut. W końcu kocha zmiany i cieszy się wolnością, jaką daje jej blogowanie! Poznajcie Agnieszkę, autorkę bloga Mrs. Polka Dot, gdzie – jak sama pisze – promuje rodzinny lajf&stajl. Jak udaje jej się godzić role zaangażowanej blogerki, matki i żony, napisać książkę o gotowaniu („Polka przy garach”), a do tego ciągle udoskonalać aranżację przytulnego lokum? Dowiedzcie się z kolejnego wywiadu z cyklu „Rozmowy przy stole”!

Co było pierwsze – piękne wnętrza, czarne ubrania czy rośliny?

– Zdecydowanie wnętrza! Potrzeba upiększania przestrzeni wokół jest we mnie, od kiedy pamiętam. Już jako dziecko układałam, przekładałam i dekorowałam swój kawałek pokoju, nawet jeśli były to tylko naklejki z gumy i zdjęcia z gazet przyklejane nad biurkiem. Rośliny to najnowsza fascynacja spośród tych wymienionych, zapełniam nimi mieszkanie od niemal trzech lat. A ubrania? Choć dziś ciężko samej mi w to uwierzyć, jeszcze jakieś cztery lata temu nie miałam w szafie ani jednej czarnej rzeczy! To po prostu nie był mój kolor, wydawał mi się strasznie nudny. Dziś uwielbiam go za wyrazistość i uniwersalność, ale dawniej wydawał mi się banalny. Wolałam mieć dużo tanich rzeczy w wielu różnych kolorach, łączyć je, miksować, wyglądać każdego dnia inaczej, dopiero z wiekiem zaczęłam doceniać prostotę i jakość. Obecnie bliżej mi do posiadania „capsule wardrobe” bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i ogromnie odpowiada mi to, że noszę buty i ubrania przez wiele lat, a wszystkie można ze sobą z łatwością połączyć. Miewam też w życiu różne fazy kolorystyczne – myślę, że one w dużym stopniu odzwierciedlają to, kim aktualnie jestem. Albo kim się w danym momencie czuję? Dziś z pewnością mam już ukształtowaną tożsamość, a przy tym bardziej niż kiedykolwiek potrzebuję ułatwiających życie rozwiązań.

salon w stylu skandynawskim z dużymi obrazami
Odwiedź z nami inspirujące mieszkanie Agnieszki >>
Jak zaczęła się Twoja przygoda z aranżacją wnętrz?

– Może wtedy, kiedy jako trzynastolatka pod nieobecność rodziców przesunęłam sama wielką szafę w pokoju, który dzieliłam z bratem, by za nią urządzić sobie bardziej intymny kącik? A może gdy przeprowadzaliśmy się do większego mieszkania, a ja pomalowałam swój pierwszy własny pokój na wściekły turkus, z sufitem włącznie? Myślę, że to mogło być także wtedy, kiedy na ostatnim roku studiów wyjechałam z chłopakiem (a obecnym mężem) na studia do Kopenhagi i postanowiliśmy zrobić totalną metamorfozę łazienki oraz odmalować wszystkie szafki w kuchni mieszkania, które wynajmowaliśmy. Przygoda zaczęła się też trochę wtedy, kiedy po powrocie z Danii przeprowadziliśmy się od rodziców do Sopotu i natychmiast zaczęliśmy to wynajęte lokum malować i urządzać po swojemu. Pamiętam, jak wieszaliśmy w drzwiach kurtynę z koralików i kupowaliśmy klubowy fotel muszelkę. Tak na serio, to prawdziwa przygoda zaczęła się jedenaście lat temu, kiedy zaszłam w ciążę i zaczęliśmy urządzać swoje pierwsze własne mieszkanie. W ciągu trzech miesięcy zamieniliśmy blokowe M3 w standardzie z lat 80. w małą Skandynawię rodem z duńskich i norweskich blogów, w których się rozkochałam. Od tamtej pory wiecznie coś zmieniam, przestawiam, przemeblowuję, odsprzedaję, kupuję, maluję i urządzam. A mój mąż regularnie, co kilka miesięcy, po wejściu do domu zastanawia się, czy przez pomyłkę nie wszedł do sąsiadów.

sypialnia z dużymi kwiatami
Czy jesteś w stanie zdefiniować pojęcie „pięknego wnętrza”?

– Nie ma obiektywnie pięknych wnętrz! Tylko takie, które zachwycają swoich właścicieli, w których ci czują się dobrze. Dodatkowo, jeśli chodzi o moją definicję piękna we wnętrzach, ta poszerzyła się w ostatnich latach na tyle, że zachwycają mnie przeróżne klimaty. Do dziś lubię wszystkie style, przez które sama przechodziłam – od delikatnego, pastelowego skandynawskiego, przez jego bardziej surowe, czarno-białe oblicze. Obecnie jestem w fazie totalnie eklektycznej – do naszej białej bazy w ostatnich latach dorzuciłam dużo zieleni, naturalnych materiałów, a później jeszcze trochę koloru, szczyptę retro, odrobinę boho. Myślę, że aktualny kształt naszego domu najlepiej odzwierciedla nasze temperamenty i zainteresowania – i chyba to właśnie jest w nim najpiękniejsze. Piękne wnętrze jest spójne, nawet jeśli łączy w sobie przedmioty z różnych stylistycznych bajek. Musi też być „jakieś” – nie jak z katalogu, ale żeby już od wejścia było widać, kto w nim mieszka.

Czym jest dla Ciebie blogowanie? Jak godzisz rolę blogerki z innymi obowiązkami?

– Blogowanie jest moim stylem życia, jest pasją, ale i zawodem. To praca, która daje bardzo duże możliwości, ale też jest wymagająca bardziej, niż to się wielu wydaje. By odnieść w niej sukces (rozumiany nie tylko liczne grono czytelników, ale też możliwość utrzymania się z tego zajęcia), trzeba być bardzo wytrwałym, konsekwentnym i odpornym na krytykę. Blogowanie to ujście dla pasji, ale też nierzadko emocji. Trzeba być chyba trochę ekshibicjonistą, żeby tworzyć angażujące treści, a do tego też gadułą, wnikliwym obserwatorem życia, pasjonatem tego, o czym się pisze. To z jednej strony wymarzony zawód dla mamy czy po prostu każdego, kto docenia elastyczność godzin pracy i bycie samemu sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Z drugiej – praca, z której się nie wychodzi. Tu nie ma weekendów, świąt czy urlopów. Można czasem dłużej pospać albo bez stresu zostać z przeziębionym dzieckiem w domu, ale ta robota nigdy się nie kończy, zawsze jest coś do napisania, jakieś zdjęcia do zrobienia, zawsze jakieś maile w skrzynce albo wiadomości, na które trzeba odpisać. Kontaktu ze społecznością nie da się utrzymywać przez pięć dni w tygodniu od 8 do 16. Dobrze prosperujący blog jest jak rozpędzony pociąg, który ciężko choć na moment zatrzymać. Bardzo doceniam to, dokąd zaszłam – ile mam czytelniczek i jakie ciekawe projekty realizuję. Ale bywam też zmęczona siedzeniem po nocach czy układaniem rodzinnych planów na weekend tak, żeby wcisnąć sesję czy pisanie między zabawy czy wycieczki. Łączę tę rolę z byciem mamą, żoną, przyjaciółką tak, jak potrafię – czasem dobrze, a czasami całkiem koślawo. Myślę, że jak większość z nas.

kuchnia z białą cegłą
Jak urządziłaś swoje home office? Lubisz pracować w domu?

– Wstyd się przyznać, ale nie urządziłam. Choć w sumie próbowałam – po przeprowadzce do obecnego mieszkania ustawiłam w kącie sypialni nieduże biurko z nadzieją, że będzie ono moim miejscem cichej pracy. Mimo że był to piękny kącik – z drucianą kratką pełną inspiracji i miejscem do przechowywania biurowych drobiazgów – nie czułam się tam dobrze i w rezultacie pisałam cały czas przy kuchennym stole. Dziś biurko przejęła moja młodsza córka, a ja nadal tkwię w kuchni – w tym najfajniejszym miejscu w mieszkaniu, w sercu domu, tuż przy oknie z widokiem na zielony dziedziniec i sad. Lubię tu być, zwłaszcza jesienią i zimą fajnie jest móc przejść z sypialni do kuchennego stołu i bez konieczności przeciskania się przez miasto siadać z kubkiem kawy do pracy, w dresie czy nawet piżamie. Ale momentami miewam tęsknoty za gabinetem, za takim pokojem tylko dla mnie, z którego nie musiałabym zabierać komputera i notesów na czas rodzinnej kolacji. Miewam też tęsknoty za tym, żeby musieć wyjść z domu, ubrać się ładnie, być częściej wśród ludzi, odbywać pogaduszki przy porannej kawie, mieć różne stymulujące spotkania, wymieniać opinie. Czasem doskwiera mi samotność w tej mojej kuchni, nie powiem, ale mimo to nie zamieniłabym się na żaden etat w żadnym biurze tego świata. Bo tu mam wolność, jakiej nie dałoby mi żadne inne miejsce.

Centrum domu zwykle nazywamy salonem. Ty – w odniesieniu do swojego – proponujesz słowo „świetlica”. Opowiedz nam więcej o tej idei i o metamorfozach, jakie przeszło to wnętrze.

– Ojej, to byłaby długa opowieść! Ta nasza świetlica naprawdę zmieniła się wiele razy. Po części z powodu początkowo popełnionych tu błędów aranżacyjnych, po trosze w wyniku ewolucji naszego gustu i lepszego zrozumienia rodzinnych potrzeb w miarę upływu czasu w tym mieszkaniu. Największą zmianą było przeniesienie stołu i lamp z salonu do kuchni (w miejsce pierwotnie ustawionego tam bufetu z hokerami), co spowodowało lawinę konsekwencji. Uwolnioną ścianę wykorzystaliśmy do aranżacji dużej biblioteczki, dzięki czemu z kolei mogliśmy zrezygnować z licznych niskich szafek do przechowywania. Dziś na głównej ścianie stoi mebel projektu mojego męża wykonany przez znajomego stolarza, pomyślany głównie jako komoda do przechowywania sprzętu grającego i płyt. Mamy w niej sprytny schowek na wysuwany ekran – w niedalekiej przyszłości planujemy kupić porządny rzutnik, by móc urządzać rodzinne kino domowe. Nie mamy obecnie telewizora, bo nie korzystaliśmy z niego. W tym pokoju głównie słuchamy muzyki, czytamy, gramy w planszówki, pokładamy się na wielkiej sofie. Trzy lata temu, kiedy planowaliśmy tę przestrzeń zmęczeni ściskiem poprzedniego mieszkania, potrzebowaliśmy głównie jasności, ładu i przestrzeni. Nie chcieliśmy za dużo ani za dużych mebli, niepotrzebnych sprzętów, nadmiaru przedmiotów. Było tu wtedy dość pusto i sterylnie, ale już wiem, że ten oddech był nam bardzo potrzebny. Kiedy już się nim nasyciliśmy, przyszła pora na zapełnianie pokoju plakatami, obrazkami, gęstwiną roślin, a ostatnio też wymianę niedużych sof na jedną głęboką i rozłożystą – wygoda wspólnego wypoczywania stała się dla nas ważniejsza od wolnej przestrzeni. Dużą zmianą są też kolory – turkusowa sofa, poduszki w stylu boho, zabawne plakaty, kolorowe stoliki zajęły miejsce czarno-białej sterylności, bo właśnie to nam teraz w duszach gra.

salon w stylu skandynawskim z niebieskim narożnikiem
Dużo piszesz o swoich dzieciach i o macierzyństwie. A jaki jest Twój przepis na aranżację dziecięcego pokoju? Czy Twoje dziewczynki miały wpływ na wygląd swoich wnętrz?

– Nie czuję, żebym była w posiadaniu jakiegoś tajnego przepisu. Starałam się wykorzystać te nieduże przestrzenie ich pokoi maksymalnie funkcjonalnie i w zgodzie z ich gustem czy potrzebami. Konsultowałam z dziewczynami większość zakupów meblowych i dekoracji, reaguję też na prośby typu „mamo, chciałabym mieć baldachim”, „mamuś, kupimy tablicę korkową nad biurko?”, choć zdarza mi się też znosić do domu jakieś drobiazgi bez pytania. Na szczęście zwykle trafiam. Oba pokoje moich córek są jasne i dziewczęce, ale chyba nie przesadnie słodkie – pastelowe akcenty przełamane są szarością i czernią, uzupełnione o bardziej wyraziste dodatki. O ile pokój 4,5-letniej Hani wydaje się idealnie dopasowany do jej zainteresowań i fascynacji, tak Zośka (która jesienią skończy 10 lat) trochę już wyrosła z romantycznych akwarelek, złotych dodatków i delikatnych dekoracji. To charakterna dziewczyna u progu dojrzewania, która już wie, czego chce i obie mamy poczucie, że to wnętrze już nie pasuje do niej jak kiedyś. Planujemy w najbliższym czasie więcej kolorów na ścianach, bardziej wyraziste dekoracje i klimat raczej już młodzieżowy niż dziecinny. Dodatkowo musimy lepiej przemyśleć przechowywanie książek i akcesoriów szkolnych – ten element u niej aktualnie kuleje. Idą zmiany!

pokój dziecka w stylu skandynawskim
Idą wakacje – czas, który chętnie spędzamy na tarasie. Ty aranżację swojego masz już za sobą. Co poradziłabyś naszym czytelnikom, którzy chcą urządzić piękną przestrzeń wokół domu?

– Nie mam wielkiego doświadczenia w aranżowaniu tarasów, ale chyba takie jedno przesłanie – by uruchomić wyobraźnię i dostrzegać potencjał w każdej przestrzeni. Nasz taras jest przedłużeniem mieszkania w bloku – wprawdzie po stronie pięknego, zielonego, bardzo cichego dziedzińca z widokiem na sad, ale jednak z sąsiadami za płotem i nad nami. Stan deweloperski tego miejsca nie zachwycał – była to surowa przestrzeń wyłożona betonowymi płytami i ogrodzona siatką. Przypominała trochę spacerniak, jak się początkowo śmialiśmy. Ale ja czułam, że umiejętne wygrodzenie i obsadzenie go pozwoli na stworzenie tu naszej oazy spokoju, przytulnego salonu pod chmurką, co faktycznie udało się w dwa sezony osiągnąć. Z boku – wysłony w postaci czarnych paneli, od frontu – donice z pnączem, które porosło siatkę, nad nami – pergola z rozsuwaną roletą – te elementy zapewniły intymność. Do tego podłoga z desek kompozytowych, sporo wieloletnich roślin, krzewów i pnączy, sofy z palet, drewniane skrzynki, kilka foteli plus kolorowe kwiaty i mamy tu teraz wymarzone miejsce odpoczynku, w którym kompletnie nie czuć, że jest się kwadrans od centrum Gdańska.

Jesteś autorką „Polki przy garach” – dlaczego i dla kogo napisałaś tę książkę?

– Zdecydowanie dla moich najwierniejszych czytelniczek i największych entuzjastek mojego gotowania. To książka, która nie powstałaby, gdyby nie liczne prośby i sugestie, gdyby nie zachęty i to, że moje blogowe przepisy zaczęły cieszyć się taką popularnością. Pewnie nawet nie wpadłabym na to, żeby je wydać, nie czułabym się wystarczająco pewna w tej dziedzinie, gdyby nie one – moje dziewczyny. W ubiegłym roku najmocniej odczułam, że to w przepisach tkwi jedno z głównych źródeł mojej siły i sukcesu bloga. Wiele kulinarnych postów miało dziesiątki tysięcy odsłon, na Instagramie co rusz oznaczano mnie na zdjęciach różnych dań, pytano o potrawy, które spontanicznie pokazywałam na stories. Pod koniec roku zrobiłam mały eksperyment – przetestowałam zarówno swoje możliwości, jak i rozmiar zainteresowania – i wydałam darmowego e-booka ze świątecznymi przepisami. Miałyśmy z tego wielką frajdę – zarówno ja, jak i moja kuzynka, graficzka – Marta Soboń, która złożyła i pięknie zilustrowała to wydawnictwo. Odbiór był fantastyczny, więc poszłyśmy za ciosem i już w styczniu zaczęłyśmy prace nad „Polką przy garach”, która w międzyczasie trochę się nam rozrosła do ostatecznych rozmiarów ponad trzystustronicowej książki z ponad setką przepisów i wieloma tekstami – i o gotowaniu, i o macierzyństwie. Przyświecała mi idea prostego, zróżnicowanego gotowania, które wpisuje się w dynamikę rodzinnego życia, ale myślę, że każdy szukający ciekawych, kulinarnych inspiracji znajdzie tam coś dla siebie.

I ostatnie pytanie – czego w najbliższym czasie możemy się spodziewać na Twoim blogu? Zdradzisz nam, nad czym teraz pracujesz?

– Przyznam szczerze, że choć mam mnóstwo pomysłów zarówno na wpisy, jak i kolejne publikacje czy produkty do mojego sklepu, to najpierw muszę odpocząć po tym wielkim przedsięwzięciu, jakim była „Polka przy garach”. Self-publishing to niełatwy kawałek chleba, pół roku ciężkiej pracy, zarówno przy tworzeniu tak obszernych treści, jak i przy składzie, grafice, korekcie, budowaniu sklepu, projektowaniu produktów, produkcji, sprzedaży – a my wszystko to zrobiliśmy w trzy osoby! Muszę najpierw zregenerować swoje siły, póki co nie mam konkretnych planów, z wyjątkiem porządnych wakacji i bieżącego publikowania tego, co akurat przyjdzie mi do głowy, pisania o tym, co mnie zachwyci, wzruszy czy zadziwi.

Dziękujemy za rozmowę!

Data publikacji: ostatnia modyfikacja:

Mogą Cię zainteresować
Inne artykuły w kategorii Wywiady
Zobacz więcej artykułów w kategorii Wywiady
Komentarze